Restauracja w Fojutowie
0

Jestem stałym bywalcem Kaszub, jeżdżę tam praktycznie od dziecka, czyli będzie to około 30 lat – jestem zachwycony tamtejszą przyrodą, Jeziorem Wdzydzkim oraz spokojem jaki można tam zaznać. Na moim szlaku pojawiają się znane mi miejscowości, ale wstyd się przyznać – tylko z tablic, które mijam. W weekend postanowiłem to zmienić i małymi kroczkami odwiedzać kolejne restauracje, na pierwszy rzut poszedł “Zajazd Fojutowo” – gdyby ktoś nie wiedział, w Fojutowie znajduje się akwedukt – skrzyżowanie dwóch dróg wodnych – jest to unikatowy zabytek, wzniesiony w latach 1844-49 r. wzorowany na rzymskich budowlach – warto odwiedzić tę miejscowość choćby dla tego widoku.

Ale nie o tym w tym wpisie. Zajazd, bo o nim mowa, to genialny pomysł jakiegoś biznesmena – kompleks wypoczynkowy, basen kryty, pseudo aquapark i kilka innych atrakcji. Na terenie całego obiektu znajdziemy dodatkowo stok narciarski, ale także przynajmniej 3 “knajpy” – grill, restauracja i kawiarnia. Z początku chciałem odwiedzić grill, ale przecież pyszną karkówkę, czy pieczoną kiełbasę jestem w stanie zrobić sobie sam. Kawiarnia ok – ale nie mieliśmy ochoty na ciasto, kawę czy wino – zresztą jak dobrze wiemy, tego typu cuda dostaniemy również w restauracji.

Lokal nie dużych rozmiarów, stąd też mało miejsca – na akwedukt walą “drzwiami i oknami” wycieczki, do tego goście zajazdu i nagle robi się tłoczno. Na zewnątrz taras z kilkoma stolikami – wszystkie zajęte, ale nie ma się co dziwić, w końcu był to naprawdę pogodny dzień. W środku stoły, które można bez problemu łączyć ze sobą, porządne, drewniane, do tego krzesła bardzo stylowe. Restauracja posiada również piętro, ale tam nie dotarliśmy.

Niestety w środku i na zewnątrz panuje chaos, długo szukaliśmy miejsca, w obsłudze biegały (dosłownie) 3 panie, ale żadna nawet nas nie zauważyła i nie zaproponowała miejsca – znaleźliśmy stolik w środku. Po chwili pojawiła się obsługa, podała menu i zaproponowała coś do picia. Zdążyliśmy otworzyć kartę, już po chwili obsługa pytała “czy już” – nie, nie, nie – nawet nie było chwili zastanowienia, więc niestety musieliśmy Pani na chwilę podziękować.

Karta zapowiadała się apetycznie – książka zrobiona z drewnianej oprawy, w środku niestety porażka – mało czytelna czcionka, do tego menu o dwóch różnych zawartościach – co więcej, to trochę dziwne, bo karty z daniami to zwykły wydruk na A4 – jak się później okazało, restauracja jest w trakcie zmiany menu – ale przepraszam, można wydrukować wszystko to samo czy nie? Tak, czepiam się – ale poniekąd od tego tutaj jestem 🙂

Wraz z żoną zamówiliśmy następujące dania:

  • przystawka tatar z łososia – żona
  • zupa rybna z sezonowych ryb – ja
  • spaghetti bolognese – żona
  • Schabowy z kością grillowany, ziemniaki puree, kapusta kiszona zasmażana- ja
  • 2xherbata

Cena herbaty nas zaskoczyła – 4.5 zł za filiżankę + 1 zł za plaster cytryny – czy ktoś upadł na głowę?

Napój przyszedł praktycznie od razu – nie ma się co dziwić – ale zdziwił mnie fakt, że moja zupa była szybciej niż przystawka żony – myślałem, że te dwa dania zostaną podane razem, jak widać myliłem się. Zupa to zwykły wywar – nawet mało rybny, kilka kawałków ryby, całość czerwona – w smaku bardziej pomidorowa – zjadliwa, ale nie żebym przeżył spazmy rozkoszy podniebienia –  inwestycja w całą oprawę miejsca jest wielka, szkoda że nie przekłada się to w smak wydawanych potraw z kuchni. Tatar z łososia poprawny, podany zdecydowanie ładniej niż zupa (płyn wlany do miseczki), w smaku dobry, jako dodatek czerwona cebulka + świeży ogórek + grzanki z masłem czosnkowym…

I tutaj niestety porażka – pomijam fakt, że większość restauracji w tej chwili piecze swoje pieczywo, tutaj lidlowy bądź biedronkowy wyrób – to nie jest złe, ale na miłość boską niech będzie chociaż chrupiące! Dostaliśmy grzanki, które były blade, niedopieczone, a masło na nich jeszcze zimne – jakby wprost z lodówki.

Gdy “zajadaliśmy” się łososiem i zupą, nagle pojawiły się główne dania – czy ze mną coś nie tak, czy raczej z kuchni powinno to wyjść po skończeniu tego co mamy na stole? Efekt tego zabiegu był taki, że trzeba było szybko sprzątać to co na talerzu jeszcze zostało, chociaż i tak dania główne zjadaliśmy letnie.

Spaghetti – makaron jak do rosołu, mięso całkiem smaczne, sosu tyle co kot napłakał, ale za to na bazie pomidorów, na wierzchu nieco startego sera – wyglądało to jak gulasz, w smaku bez szału, powiedziałbym nawet że jałowe. Dziwił mnie tylko fakt, iż w około pełno zieleni, a tutaj brak jakiegokolwiek przybrania – choćby świeżych ziół, listka bazylii czy czegokolwiek takiego.

Kotlet podany znośnie, zresztą nigdy nie wymagam żeby przy takim prostym daniu, robić z tego jakieś arcydzieło – mięso oparte o puree, obok w miseczce kapusta, przybrane kiełkami rzodkiewki. I tutaj trochę małe faux pas, w karcie napisane schabowy, czyli panierka z mąki, jajka i bułki tartej, a tymczasem na talerzu pojawił się schab. W smaku naprawdę dobry kawałek mięsa – sól i pieprz – te dwie przyprawy w zupełności wystarczą żeby wydobyć prostotę i smak. Kapusta bardzo dobra, ze skwarkami, nie pływająca w tłuszczu. Na sam koniec zostawiłem puree – jeszcze takich ziemniaków nie trafiłem, w smaku całkiem poprawne, ale odnoszę wrażenie, że kucharz czy też pomocnicy “dukali” te ziemniaki widelcem, bo o ile z wierzchu bulwy były przetarte, o tyle w środku znalazłem kilkanaście pokrojonych pyrów.

Za całość zapłaciliśmy 79 zł – czy dużo? Biorąc pod uwagę smak, jakość i te kilka rażących mnie błędów uważam, że tak. Miejcie na uwadze fakt, że nie znalazł się tutaj żaden deser. Fojutowo nadal będzie znajdowało się na mojej trasie, jednakże zajazd i tamtejszą restaurację będę unikał szerokim łukiem, a szkoda, bo widać że właściciele poświęcili temu miejscu wiele energii i pieniędzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.