Surströmming – kiszone śledzie wprost ze Szwecji
7

Długo mnie tu nie było, ale niestety męskie poszło trochę na drugi plan z wielu ważnych lub mniej ważnych powodów. Miejmy nadzieję, że wpisy w kwietniu trochę rozkwitną, bo zdjęć i materiału jest dużo, a czasu niestety nie – ale święta coraz bliżej, więc może i czas się znajdzie.

Dziś chciałbym napisać małe spostrzeżenia nt. wynalazku wprost od Szwedów tj. kiszonych śledzi – Surströmming. Jak to wygląda w praktyce? Ogólnie produkt jest trudno dostępny w Polsce, można go sprowadzić z Angli ze szwedzkiego marketu, ale sama przesyłka to już mega kasa, więc pół kg puchę można ściągnąć za około 200 zł – uwierzcie mi, że dla samego spróbowania tejże przekąski, nie warto wydać nawet 50 zł. Mi udało się dorwać śledzie na portalu aukcyjnym, w cenie 50 zł/puszkę, jest to nie zła cena, ale nie ukrywajmy – śledzie nie są tyle warte.

Nie owijając w bawełnę, jak powstaje ten „rarytas”?

Jak podaje Wikipedia:

Śledź poławiany jest na wiosnę, gdy jest w doskonałej kondycji i tuż przed tarłem. Śledź fermentuje w beczkach przez jeden do dwóch miesięcy, później jest puszkowany, a fermentacja trwa nadal. Pół roku do roku później powstaje tyle gazu, że walcowata puszka zmienia kształt na bardziej kulisty.

I tutaj zgadzam się w stu procentach, śledź cały czas fermentuje – wraz ze znajomymi jedliśmy „przysmak” w Sylwestra. Śledź był bardzo dojrzały – termin przydatności to koniec stycznia. Zanim jednak opiszę sam smak śledzia, musicie wiedzieć z czym się go zjada. Szwedzi wpadli na genialny pomysł, żeby sprzedawać zepsute żarcie, ale jakby tego było mało, zjadać je następnie z dodatkami srako/pawio twórczymi.

Śledzia zjada się na tradycyjnym tam chrupkim pieczywie, u nas zastąpił go chlebek „wasa”, do tego ugotowane ziemniaki pokrojone w plastry, czerwona cebula, świeżo mielony pieprz i kwaśna śmietana. Co więksi hardcore’wcy popijają to jeszcze maślanką, chociaż standard woli jednak wódką. My z wódki zrezygnowaliśmy.

Idąc dalej – biorąc puszkę do ręki, ma się wrażenie jakby miała zaraz pęknąć, jest jak bomba zegarowa – lepiej nią nie potrząsać za wiele. Myślę, że przy dobrym rzucie o beton, byłoby nie złe „BOOM” :). Miejsce jakie wybraliśmy na zjedzenie wątpliwego rarytasu to otwarta przestrzeń, tzw. „fordońskie górki” w Bydgoszczy. Po wdrapaniu się na szczyt, przyszedł czas na otwieranie puszki. Przy prawie sprawiedliwym losowaniu, wypadło na mnie. Uzbrojony w rękawiczki oraz otwieracz do konserw klasy ultra shit, zrobiłem dziurę w puszcze i uwaga – nie było wielkiej ilości smrodu, na pawia się nie zbierało aż tak bardzo, śledzie nie bryzgały w około, mimo iż było słychać „tsst” – w każdym razie nie tak, jak w tych wszystkich filmach na youtube – możliwe, że Polacy przyzwyczajeni są do zapachu kapusty kiszonej, ogórków czy papryki, chociaż mimo wszystko nie bardzo zapach samej ryby z tym się kojarzył. Niestety z racji chujowego otwieracza, rozprawienie z puszką zajęło nam co najmniej 20 minut.

Tuż po otwarciu pojawiła się pianka – tak, to widok raczej nie do opisania, piana jak na ogórach kiszonych, można by rzec, że to kożuch – pod kożuchem śledzie…bez głów, ale ze wszystkimi flaczorami. Z daleka śledzie aż tak nie śmierdziały, z bliska – śmierdziała woda w której się znajdowały. Jednakże mimo jakiegoś podjazdu śniadania do przełyku, paw nie chciał wyskoczyć, co więcej mogę szczerze powiedzieć, że bardziej niesmaczny był sam widok niż zapach.

Śledzia przełożyliśmy na deskę, oczywiście mięso odchodziło cudownie od kręgosłupa – całość się rozpadała. Obstawiam, że gdybyśmy zjedli to z ościami to nie byłoby żadnej różnicy. Truchło zostało na szybko wyfiletowane, tak jak pokazywali Szwedzi – wyskrobane z kręgosłupa i skóry. Na chlebek nałożone w kolejności – masło, śledź, ziemniory, cebula i śmietana.

Pierwszy gryz – nie najgorzej, bardziej czuć było dodatki niż samego śledzia, drugi gryz już gorzej – czuć kaszowatą konsystencję, jak bardzo drobny kawior, tylko nie o sprężystej fakturze, a bardziej jak kaszka manna na mleku. Smak samego śledzia – słony.

W sumie potrawa zjadliwa, ale żeby się tak nią podniecać? Jeżeli jesteście w Szwecji i któryś z Waszych znajomych akurat to zjada to posmakujcie, ale nie kupujcie specjalnie by posmakować – strata kasy.

W Internecie można znaleźć opinie, iż tego smaku się nie zapomina i to jest prawda, ale z drugiej strony smak nie jest na tyle „normalny” by można było go do czegoś porównać.

Jedząc śledzia bez dodatków, ma się wrażenie jakby się jadło coś cierpkiego, o nienaturalnej konsystencji. Myślę że jest to spowodowane tym, iż jesteśmy świadomi jak wygląda i jak smakuje śledź, a wkładając coś takiego do ust ta cała świadomość ulega załamaniu.

Żeby rozwiać wątpliwości – upierdolenie kurtki wodą po śledziu, lub samą rybą skutkuje smrodem na kilka dni. Brudna ręka, śmierdzi nawet po szczotkowaniu szrubrem i detergentem do naczyń przez przynajmniej kilka godzin.

Podsumowując całość moich przemyśleń – podziwiam kogoś, kto wymyślił takie gówno i robi na tym kasę. Ale jeżeli jest ktoś, komu to smakuje to czemu by nie.

Ale w cenie 50 zł, wolę sobie kupić porządny kawior

 

p.s. mamy filmiki z otwierania, wkrótce pojawią się na youtube i tutaj – o czym nie omieszkamy poinformować.

 

7 myśli nt. „Surströmming – kiszone śledzie wprost ze Szwecji

  1. avatarKirło

    Mlecz, czy ikrę się usuwa. Tak jak płetwy. Wtedy nie ma się bardzo słonej „kaszy manny” w ustach. Z kiszonek bardzo dobra jest sałatka śledziowa, taka zwykła polska. Tylko zamiast śledzika z słonej zalewy, dajemy kiszonego.

    Odpowiedz
    1. avatarŁukasz Wilkowski Autor wpisu

      Mlecz, ikrę i flaki usuwałem. To samo tyczy się płetw – wyglądało to tak, że śledzika skrobało się z ości i otrzymywało coś w rodzaju fileta, mimo tego nadal było czuć „kaszowatą” konsystencję. Może to kwestia dojrzałości śledzia? Ten był już krótko przed terminem przydatności (pisząc krótko mam na myśli około tygodnia).

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *