Archiwa autora: Łukasz Wilkowski

avatar

O Łukasz Wilkowski

Na co dzień walczę z komputerami, niesfornymi użytkownikami sieci oraz ich problemami. W wolnym czasie gotuję, zwiedzam restauracje i bary, oraz testuję dla Was dziwne kulinarne wybryki.
Całość fotografuję i opisuję na stronie.

Dwór Orzechówka

Na mapie Bydgoszczy mamy kilkadziesiąt restauracji. Niestety w większości położone są w śródmieściu – cierpi przez to zazwyczaj największa dzielnica miasta – Fordon. Znajdziemy tutaj wprawdzie kilkanaście fastfoodów, od pizzy, kebabów, hamburgerów, na słodkościach typu kartacz kończąc. Jednakże miejsc typowo restauracyjnych brakuje.

Dwór Orzechówka, to świeże miejsce na mapie, otwarte we wrześniu 2017 – czyli dość niedawno. Bardzo dobra lokalizacja, bo na wylocie z Fordonu, przy ulicy Fordońskiej.  Restauracja dysponuje obszernym parkingiem, także nie ma problemu z postojem.

Na potykaczu przed wejściem znajdziemy potrzebne informacje o tym co jest aktualnie serwowane i polecane przez lokal. Sala jest bardzo obszerna, pachnie nowością. Całość urządzona z wykorzystaniem drewna, cegły i postarzanych metali.

Na wejściu wita nas uśmiechnięta obsługa i zaprasza do stolika – byłem z małżonką około godziny 17 – sala świeciła pustkami (2 stoliki zajęte – jedni goście omawiali imprezę, drudzy spożywali dania) – także nie było problemu z wyborem miejsca.

Na pewno uroku całości dodawał rozpalony kominek, skwierczące drewno koiło zmęczenie po całym dniu pracy. Sam styl wystroju trudno zdefiniować – widać, że właściciel dba o  szczegóły, jednakże czy te dodatki do siebie pasują – musicie sami ocenić. Mi na pewno nie spodobała „świeczka” ledowa, umieszczona na parapecie okna.

Karta menu wykonana z drewna z wklejoną aktualną listą serwowanych potraw. Dobre rozwiązanie, bo nie musimy skakać ze strony na stronę – mamy pełen obraz tego co jest serwowane i możemy skupić się na konkretnych pozycjach. Dań jest kilkanaście, ale dotyczą w większości kuchni polskiej. Dla mnie to zawsze plus, gdyż ograniczenie składników sugeruje ich świeżość.

Na pierwszej wizycie zdecydowaliśmy się na:

  • Żurek tradycyjny (z klopsikami, ziemniakami puree i sadzonym jajkiem)
  • Sałatkę z wędzonym serem i burakami
  • Pierogi z gęsiną na czerwonej kapuście

Do całości herbata czarna z cytryną.

Jako starter restauracja oferuje smalec wraz z pieczywem własnej produkcji – jadłem wiele chlebów, ale ten był naprawdę świetny – chrupiąca skórka, mięsisty środek, całość w stylu pełnoziarnistym. Ze smalcem komponował się idealnie.

Sam smalec o bardzo dobrej konsystencji, zamiast typowych skwarek (twardych), bardziej przypominające mięsiwo niż słoninę. Słony w smaku, więc nie wymagał dodatkowych przypraw. Dopełnieniem całości mógłby być ogórek lub papryka kiszona – ale nie ma się do czego przyczepiać. Cieszy fakt, że całość niedużych rozmiarów – w innych restauracjach spotykam się często ze starterem większym niż przystawka – pewnie stwierdzicie, że nie trzeba zjeść wszystkiego – owszem, ale jeżeli to smakuje?

W tym samym momencie przyszła też herbata – czemu o niej piszę? Bo tradycyjnie chcę się do czegoś przyczepić 🙂 Podana czarna zgodnie z zamówieniem, do tego dzbanuszki z gorącą wodą, tradycyjnie filiżanka, zestaw cukrów oraz cytryna. Wszystko pięknie, jednakże podana herbata to „english breakfast” – śniadanie o 17? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że producent oferuje również „english afternoon”. Po podaniu herbaty okazało się, iż w jednym z czajniczków grzeje się „ucho”, w taki sposób, że nie da się z niego nalać wody. Po zwróceniu uwagi, czajnik został wymieniony na inny, w którym powyższa sytuacja się nie pojawiła – oczywiście to nie wina właściciela, a raczej błędu producenta.

Po chwili od zjedzenia startera, pojawił się żurek – zupa, na którą czekałem. Nie wiem czy wiecie, ale dobry lokal z dobrą kuchnią polską można poznać po dwóch daniach – wspomnianym wyżej żurku oraz kotlecie schabowym – jeżeli ktoś tego nie potrafi przygotować, to lepiej niech nie zabiera się za inne cuda. Jeżeli chodzi o zupę to „liznąłem” trochę tematu, sam przygotowuję zakwas, gotuję wywar i doprawiam całość. Nie chwaląc się za dużo, wszyscy którzy mieli okazję jeść moją wersję żurku są nim zachwyceni. Każdy wie, iż podstawą wielu dań są świeże składniki, ale bez zmysłu smaku to nic nie daje.

Jeżeli dziś miałbym powiedzieć, gdzie w Bydgoszczy lub okolicy zjemy najlepszy żurek w restauracji wskazałbym bez zastanowienia – Dwór Orzechówka!

Zupa pachnąca, gorąca, o idealnej konsystencji. Wyczuwalny aromat świetnego zakwasu, czosnku i majeranku. Na wierzchu nie pływa żaden nadprogramowy tłuszcz. Dopełnieniem całości są kurki (tak te grzyby leśne), klopsiki z białej kiełbasy, puree i coś, co wydaje mi się najlepszą alternatywą dla gotowanego jajka – sadzone z płynnym żółtkiem – majstersztyk. Zastanawiacie się pewnie ile można pisać o żurku – wiedzcie jedno – jedząc go, chciałem by nigdy się nie skończył.

Sałatka z wędzonym serem – znajdziemy tutaj twaróg wędzony, mix sałat, pomidorki koktajlowe bez skóry, cukinię w kostce, czerwoną cebulę, pieczony buraczek, pędy groszku cukrowego, liście buraczka. Czym tutaj się zachwycać? Choćby pomidorkami bez skórki – po zjedzeniu takiego mega dojrzałego owocu, nagle pojawia się bomba smakowa, która powoduje napływ endorfin i wspomnienie lata. Twaróg wędzony idealny – z nienachalnym aromatem wędzenia, lekko słony. Cukinia obrana, pokrojona w drobną kotkę dodaje kolejnej struktury daniu. Świeżość składników, ilość i jakość pozwala bez problemu zabić głód.

Ostatnie danie to pierogi z gęsiną, na czerwonej gotowanej kapuście – na talerzu 6 bardzo dużych pierogów z pewnością lepionych ręcznie. Kapusta ciepła, słodka, bardzo dobrze doprawiona – świetnie komponuje się z głównym daniem. Ciasto pierogowe bardzo delikatne, cieniutkie, idealnie sklejone. Farszu bardzo dużo, jednakże niestety dla tego dania – przesolonego. Czuć w tym wszystkim gęsinę, która jest tak charakterystyczna, że nie da się jej oszukać innym smakiem, ale sól która się tam znalazła spowodowała, że ledwo całość zjadłem. Gdyby nie kapusta to miałbym z tym trudności. Jednakże całe danie bardzo świeże i pachnące.

Podsumowując – jeżeli lubicie kuchnie polską, to koniecznie musicie odwiedzić Dwór Orzechówka. Z pewnością to nie moja ostatnia wizyta w tym miejscu, pokładam duże nadzieję w pozostałych pozycjach z menu. Nie sugerujcie się tym co jest na stronie www, gdyż menu jest tam bardzo okrojone – brakuje kilkunastu pozycji, które znajdziecie w lokalu. Obsługa miła i rzeczowa, potrawy lądują w bardzo szybkim tempie na stole, za co kolejny plus. W przyszłości obiekt ma oferować również noclegi, więc jeżeli ktoś planuje jakąś imprezę to może się pokusić o pokój.

 

 

 

 

Flaczki z boczniaka

Sezon na wyprawy do lasu, po grzyby w pełni już za nami. Oczywiście dla tych bardziej leniwych, którzy nie zdążyli zrobić zapasów zimowych, można kupić mrożone okazy bądź suszone w tzw. dużych pieniądzach.

Jednakże sam wpis nie będzie o tych jesiennych grzybach, a o tych, które można kupić praktycznie przez cały rok.

Boczniak, bo nim mowa, to grzyb który bardzo lubi obróbkę. Nadaje się do wszystkiego, w formie „kotletów” w jajku i panierce, jak dodatek do zup, ale też jak dla mnie przede wszystkim jako alternatywa dla flaków wołowych/wieprzowych (czyli jakby nie patrzył żołądka z wyżej wymienionych zwierząt, pokrojonych w cienkie paski).

Ogórki kiszone kimchi

Obiecany przepis na ogórki w stylu kimchi to gratka dla osób czerpiących radość z ostrych potraw. Połączenie klasycznego smaku kiszonego warzywa, z nutą płatków chilli to w wielkich ilościach dosłownie „niebo w gębie, piekło w dupie”…

Słoiki/kamionkę odkładamy w ciepłe, ciemne miejsce – proces kiszenia rozpoczyna się około 4-5 dnia, w zależności od temperatury otoczenia. Ogórki do spożycia są dobre już następnego dnia, ale lepiej poczekać aż trochę się przekiszą.

Można śmiało spożywać „jeszcze świeże”, ale najlepszy smak to w tzw. etapie „małosolne”, później w formie dodatku do mięsa no i dla osób lubiących kwaśne przekąski także w pojedynczej postaci.

Ostra pasta z czerwonego chili

Podstawą dobrego kimchi są nie tylko świeże warzywa, ale przede wszystkim ostra pasta z czerwonego chili, z dodatkiem cebuli, czosnku i kilku innych ciekawych składników. Całość zwana jest Gojuchang (chociaż mój przepis jest bardzo zmodyfikowany) i robiona ze sfermentowanej soi – tutaj zastąpionej m.in. sosem rybnym.

Tak zrobioną pastę, odkładamy na jeden dzień do lodówki, aby całość się dobrze przegryzła.

Świetnie nadaje się do uwielbianego przez wielu kimchi, jak również do innych dań czy jako dodatek do kanapek.

Ważne by do odmierzania wszystkich składników, używać zawsze tego samego naczynia.

Czosnek i Oliwa -Restaurant&Bistrot – nowe miejsce na mapie Bydoszczy

Zazwyczaj do nowych miejsc podchodzę ze swego rodzaju dystansem. Czekam, aż restauracja się rozwinie, „popracuje” w branży i doszlifuje. W przypadku tego lokalu, miałem nieodpartą ochotę wybrać się jak najwcześniej. Być może skusiły mnie zajawki na instagramie, tudzież sprawdzenie czy nowy najemca nie popełni tego samego błędu co poprzedni właściciel.

 

Czosnek i Oliwa – Restaurant & Bistrot” to pięknie urządzone miejsce, w sam raz na spotkanie ze znajomymi. Wnętrze przestronne, wykończone ze smakiem. Po wejściu wita nas obsługa i prowadzi do stolika – warto go wcześniej zarezerwować, gdyż lokal mimo młodego wieku, jest bardzo oblegany. Po chwili otrzymujemy kartę dań (i tutaj duży plus – to samo menu znajduje się na stronie, więc wcześniej możemy spojrzeć czy któreś z dań będzie nam odpowiadało) i tradycyjną propozycję „czegoś do picia”. Pozycji w karcie jest niewiele, ale na tyle różnorodne, że większość znajdzie coś dla siebie. Dodatkowo przy wejściu kredowa tablica z informacją odnośnie potraw Szefa Kuchni, obowiązujących danego dnia.

Śmiało mogę stwierdzić, że niektóre propozycje zakrawają o kuchnię fusion – co bardzo cieszy.

Pierwszy raz odwiedziłem restaurację po około 2 tygodniach od otwarcia – miłe zaskoczenie, lokal pękał w szwach, więc od razu na myśl przyszło jedno – świetna kuchnia. Do Czosnku i Oliwy wybraliśmy się ze znajomymi. Rezerwacja bezproblemowa, gwarantowała nam miejsce w dużej sali – można określić ją jako oranżerię, z dużymi oknami na podwórze restauracji. Mimo zapełnionych stołów, akustyka miejsca jest rewelacyjna – przy swobodnej rozmowie, nie zostaliśmy zagłuszeni rozmowami z sąsiednich stolików.

Na plus zasługuje szybkość obsługi – mało jest lokali z taką dynamiką – mili, uśmiechnięci pełni zapału do pracy ludzie, przede wszystkim z dobrą wiedzą o tym, co jest serwowane w restauracji. Do tego duży wybór napojów, w tym lokalne piwa – to zawsze cieszy.

Na pierwszy rzut tego dnia poszły 2 przystawki:

  1. krewetki black tiger – 7 sztuk, w sosie z białego wina, szalotki i chilli – krewetki sprężyste, ze specyficznym „strzelaniem” między zębami – wzorcowe przygotowanie – jednakże mało wyczuwalne chilli, mogłoby go być odrobinę więcej. Całość bardzo zjadliwa, żeby nie powiedzieć, że bardzo dobra
  2. tatar z siekanej polędwicy wołowej – świeżość w każdym calu, dodatków dużo, samo mięso mogłoby być ciut bardziej doprawione. Efekt psuł mi jedynie parmezan – ale zawsze można go zgarnąć na bok.

Jako danie główne wybraliśmy:

  1. tagliatelle – z włoskimi pomidorami, chilli, bazylią czosnkiem i parmezanem – bardzo duża porcja – 400 g, po nawet najmniejszej przystawce, wydaje się nie do zjedzenia. Makaron przygotowany jak swojski nie komponował się dobrze z resztą dania. Sos doprawiony, wyczuwalne wszystkie smaki.
  2. polędwica z dorsza , do tego puree z selera z nutą truflową, sos cytrynowo-szafranowy, boczniaki – pięknie zaserwowany talerz, aż żal niszczyć całą kompozycję. Pachnące i aromatyczne danie, ryba nie przytłoczona smakiem pozostałych dodatków. Spora porcja, dla każdego łasucha. Dorsz nie przesmażony, soczysty – brakowało mu trochę soli. Sosu jak zawsze artystycznie, więc dla mnie ciut za mało. Puree gładkie bez grudek, nie pasowała mi trufla, ale może dlatego iż nie przepadam za jej specyficznym smakiem. Boczniaki dobrze podsmażone i przyprawione. Całość kompozycji smakowej na wysokim poziomie.

Warto wspomnieć, że restauracja serwuje startery w formie palonego masła (ale nie takiego, które widzicie na półkach sklepowych, a masła które sami wytwarzają), o aksamitnej teksturze z wyczuwalną nutą orzechową (efekt po wcześniejszym „paleniu”), do tego własne wypieki  np. czarny chleb, czy też pieczywa z dodatkiem papryki itp. Wypieki można zjeść albo z masłem, albo z aromatyczną oliwą czosnkową.

Nim opiszę dany lokal na blogu, zawsze staram się w nim zjeść przynajmniej dwukrotnie. Jako iż ten bardzo mnie połechtał kulinarnie, dwa dni temu postanowiłem zjeść tam nieco inne przysmaki.

Na pierwszy rzut poszedł rosół wołowy z pielmieni z mięsem i warzywami – rosół klarowny, ale bez oka tłuszczu jest dla mnie podejrzany, jednakże w smaku był dobry – chociaż po raz kolejny brakowało mi przypraw – niestety na stole ich nie ma, rzecz jasna można poprosić o to obsługę, ale wydaje mi się, że podstawa w postaci soli i pieprzu powinna znajdować się na każdym stole. Palony por wyczuwalny, nadawał takiego samego aromatu jak przypieczona cebula. Nadzienie pielmieni bardzo dobrze doprawione – czosnek, świeżo zmielony pieprz – może ciut za suche jak dla mnie, ale smak zatarł ten mały drobiazg.

Danie główne to stek krwisty, z ziemniakami, aioli i rukola z grillowaną papryką – za ten stek dałbym się pokroić. Mięso idealnie usmażone, po przecięciu soczyste, krwiste. Dobrze przypieczone z zewnątrz, ale nie spalone. Mięso o takiej jakości nie musi być doprawione, ono broni się swoją świeżością – dla mnie było idealne. Ziemniaki pokrojone w łódeczki, wydawały się być najpierw lekko ugotowane, a dopiero później wrzucone na tłuszcz. Rukola z papryką zwykła, bez przysłowiowego „wow”, nie doprawiona żadnym smakiem. Sos aioli bardzo delikatny. To jedno z tych dań, które identyfikuje restaurację i dla którego będę tam wracał.

Żona zażyczyła sobie tego popołudnia owoce morza – konkretnie mule w sosie śmietanowym na bazie wina, cebuli i chili. Muszle dobrze wyczyszczone, pachnące. Mało wyczuwalne chilli, za to dobrze słodycz cebuli. Do całości podane grzanki. Oczywiście woda z cytryną do przemycia palców.

Popołudnie zwieńczyłem polecaną wszędzie bezą pavlova z sosem z mango i marakui.  Tutaj lekkie rozczarowanie, deser pachnący, ale beza która według mojej oceny powinna być chrupiąca na zewnątrz i „piankowa” w środku, była chrupiąca w całej strukturze. Sos świetnie wykonany, nie za słodki, sama beza też bez wielkiej ilości cukru – gdyby nie ten środek, to śmiało mógłbym rzec, że to deser na piątkę.

Podsumowując – restauracja w moim odczuciu ze średniej półki cenowej, jednakże smak podawanych potraw tuszuje wydane pieniądze. Na plus obsługa, niebanalne podejście do smaku, miejsce. Na minus brak podstawowych przypraw na stole i serwetek. Ceny mogłyby być niższe. Mimo wszystko „Czosnek i Oliwa – Restaurant & Bistrot” wpisuje na listę ulubionych miejsc, zarówno na spotkanie biznesowe, ze znajomymi czy obiad/kolację we dwoje.

Świetne miejsce, by odpocząć od zgiełku dnia codziennego.

 

Chillout Burger – nowy foodtruck na mapie Bydgoszczy

Foodtruck czyli w prostych słowach „jedzenie na kółkach” to ostatnio nowa moda. Nie wiadomo czy to za sprawą filmu „Chef”, czy też z powodu przesytu stacjonarnymi knajpami, jedzenie na kółkach zdobywa co raz to większą rzeszę fanów. Natomiast dla samych właścicieli foodtruck’ów jest to o tyle dobre rozwiązanie, że jeżeli interes w jednym miejscu się nie sprawdza, to odpalamy silnik i jesteśmy w innej lokalizacji – czy to inna ulica, miasto czy państwo – proste.

Co jest takiego w jedzeniu z budki na kółkach? Jak dla mnie to przede wszystkim nie duże menu – kilka pozycji, które gwarantują powtarzalność smaku. Do tego, świetne „show” – nasze kanapki, placki, pączki, pizza czy cokolwiek innego, jest przygotowywana na naszych oczach, co w moim przypadku wzmaga apetyt.

Co jakiś czas sprawdzam lokalne foodwagony i tak było i tym razem. W sobotę tj. 22.10.2016 r. premierę miał ChilloutBurger, jako że to nowe auto z jedzeniem nie tylko w samej Bydgoszczy, ale również dzielnicy Fordon, która niestety wypełniona jest po brzegi jedzeniem typu kebab i pizza –  niestety nie najlepszą jakością – postanowiłem się wybrać.

Jak to zazwyczaj bywa, ludzi było sporo, miła muzyczka w tle, żółte auto przykuwa uwagę i nie sposób do niego nie trafić. Menu zapisane na kredowych tablicach z 10 hamburgerami oraz możliwością wyboru małej bądź dużej porcji frytek. Nazwy jak to zazwyczaj bywa wyszukane, najtańsza bułka (Chillout4DON – sałata, pomidor, ogórek, cebula, mięso, ser cheddar, sos bbq missisipi) to 11 zł – co według mnie naprawdę przyzwoita cena. Najdroższa – 18 zł – danie miesiąca, o czym za chwilę. Frytki w zależności od wielkości w zestawie po 4 i 6 zł, lub samodzielne 5 i 7 zł, wypiekane dwukrotnie na tłuszczu wołowym – nie będę tutaj rozczulał się nad ceną ziemniaków, bo przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

Zamówienie przyjęła uśmiechnięta dziewczyna i był to hamburger „Blue lagoon” (rukola, pomidor, ogórek, mięso, ser pleśniowy, karmelizowana cebula, sos chillout) w cenie 13 zł, do tego burger miesiąca tzw. „Chill Beast” (2xmięso, 2xgrillowany boczek, 2xser, salsa fresco, sałata, ogórek, pomidor) w cenie 18 zł oraz do tego duża porcja frytek za 6 zł, co dało nam sumę 37 zł – czy dużo? Za takie porcje myślę, że w sam raz.

Mimo dużego ruchu, zostałem poinformowany że na zamówienie muszę poczekać do 30 minut – chillout burger położony jest tuż przy Galerii Fordon, co jest świetnym rozwiązaniem – w tym czasie zrobiłem zakupy do domu. Poprosiłem by całość została zapakowana, bo mimo kilku stolików i parasoli, chciałem zjeść obiad w domowym zaciszu 🙂

Bułki zapakowane w kartoniki + papierowe torby wyglądały naprawdę schludnie. Mały minus za pakowanie kanapki miesiąca – z racji jej wysokości, ciężko było ją włożyć do kartonika i torby – na szczęście to nie moje zmartwienie 😉

Zapach, wygląd całości rewelacyjny. Niestety w kanapce miesiąca za dużo sosu, bądź też nie przypieczona odpowiednio bułka – wchłonęła całość i trochę się rozpadała. Dwa kotlety sporej wielkości ciężkie do ugryzienia, do tego jeden wypieczony na wiór, drugi różowy w przekroju, a na samym środku ciut nie dopieczony. Oczywiście mam na uwadze to, iż ekipa dopiero zaczęła swoją przygodę, więc to szczegół który w żaden sposób nie wpłynął na moją dalszą ocenę – raczej zwrócenie uwagi na szczegóły.

Mięso idealnie doprawione, niczego bym w nim nie zmienił, ilość dodatków porządna – taka porcja wołowiny zaspokoi głód na kilka dobrych godzin, nawet u największego łakomczucha – nazwa adekwatna do wielkości – to naprawdę bestia wśród burgerów!

Kanapka wykończona pyszną salsą z cebulką, pomidorami i ostrą papryczką – notabene czekam aż pojawi się w menu jakiś ostry burger.

Niebieska laguna świetnie komponowała ostry smak pleśniowego sera z dobrze wypieczonym wołowym mięsem. Spora ilość dodatków, bardzo dobrze wykończenie sosem – czego chcieć więcej od bułki z mięsem?

Frytki przygotowane na sposób belgijski, grube, wypieczone na zewnątrz chrupiące, w środku puszyste – tak powinna smakować frytka – z niedużą ilością soli – pycha. Porcja spora, przy dwóch hambuksach, większa porcja stanowczo za duża.

Podsumowując – Chillout Burger to świetne miejsce na wypad ze znajomymi, czy też alternatywa dla domowego obiadu. Ilość pozycji w menu wystarczająca, nazwy i dodatki zachęcające – wpisuje na listę ulubionych food trucków i z pewnością spróbuję pozostałych „bułek z klopsem”.

Mam nadzieję, że całe przedsięwzięcie będzie cieszyło się dużym zainteresowaniem i ekipa nie spocznie na laurach.

Kanapka a’la cubano

Nie wiem czy ktoś z Was oglądał film „Chef” o pasjonacie jedzenia, który chociaż jest świetnym kucharz, ale nie może rozwinąć skrzydeł kulinarnych, bo ma nad sobą jakiegoś pokurcza – jeżeli nie, to polecam, dla tych co naprawdę „jarają” się żarciem.

Ale nie o filmie dzisiejszy wpis, a o kanapkach w stylu kubańskim. Zanim jednak dojdziemy do kanapki, należy wspomnieć, że sercem takiego dania jest nie bułka – chociaż też ma znaczenie – a sam wkład czyli mięso i dodatki. Nie wiem z czego konkretnie były robione oryginalne cubano, ale mnie do tego najbardziej pasowała łopatka wieprzowa – może nieco za sprawą Bydgoskiego food truck’a „cubanos”, a może dlatego, że to niedoceniane mięso przez wiele osób.

Mimo iż przygotowanie wydaje się długotrwałe, to efekt końcowy powala na kolana i naprawdę warto poświęcić trochę czasu.

Kurna Chata Świnoujście

Urlop w Świnoujściu to nie tylko spacery, jod w powietrzu i leżenie na plaży, to dla mnie również podróż kulinarna. Jednakże w każdej podróży dochodzimy do wniosku, że warto by wrócić do sprawdzonych smaków – można by powiedzieć „kuchni jak u Mamy”. Kurna Chata to jedna z tych restauracji, gdzie króluje właśnie ta idea – smak dzieciństwa i beztroski, coś, na co niewiele innych miejsc może sobie na to pozwolić nie tylko z racji panujących trendów, ale myślę, że z braku wspomnień.

Kurna Chata położona jest przy jednej z dróg prowadzących na plażę, z zewnątrz wygląda bardzo podobnie do wielu innych miejsc kulinarnych, położonych na mapie Świnoujścia. „Firmowe” parasole znanych browarów mogą nie zachęcać, jednakże gdy tylko zajrzymy za drewniane ogrodzenie, naszym oczom ukazuje się chata z prawdziwego zdarzenia. Całość urządzona w stylu wiejskim, kojarzy mi się ze słowiańskim stylem. To tak jakby z miasta wchodzić w zupełnie inny wymiar, w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu.

W środku pachnie suszonymi ziołami i kwiatami, na ścianach malowidła, na barze przedmioty z epoki, przetwory. Personel ubrany „tematycznie” – na pierwszy rzut oka może wydawać się, że to przerost formy nad treścią, ale z każdą chwilą człowiek uświadamia sobie, że tak właśnie było, kiedy jeździło się np. do kuzynostwa na wieś i całość powoduje, że nagle zaczynamy odpoczywać.

Karta dań dość obszerna, ale dania większości z kuchni polskiej – zresztą taki był zamysł – dużo i dobrze. Dania dobrze opisane, proste, bez dziwnych nazw typu „wołowina pod siodłem tatara przez drogę ugniatania” – napisane przejrzystym prostym językiem – o to chodzi, w końcu przychodzę coś zjeść, a nie czytać poezję 😉

Do Kurnej Chaty trafiliśmy wieczorem, ale lokal z zewnątrz jest dobrze oświetlony, więc nie było z tym problemu. Zamówiłem zupę rybną, tatar oraz lokalne piwo, żona została przy herbacie. Na napoje nie trzeba było długo czekać, po kilku chwilach były u nas na stole. Zupa rybna wylądowała po około 10 minutach – jak dla mnie mega szybko, tym bardziej, że w lokalu panował naprawdę duży tłok.

Zupa bardzo gęsta, gorąca, z warzywami i dużymi kawałkami ryb. Pikantna, ale nie ostra, wszystkie smaki dobrze łączyły się ze sobą. W smaku i kolorze przypominała mi zupę ucha.

Po tej rozgrzewce i świetnym smaku czekałem na więcej i nie pomyliłem się. Tatar podany na dużym drewnianym półmisku pod kieliszkiem martini z charakterystycznym dołeczkiem na środku na żółtko. Rzecz jasna żółtko jajka było – na odwróconej podstawie kieliszka. Wokół pokrojona w idealną kostkę cebulka i ogórek konserwowy, a także kawałek masełka. Chleb podany w osobnym pojemniczku – powiem szczerze, że pieczywo było najsłabszym ogniwem, spodziewałem się czegoś wypiekanego na miejscu – jednakże tak czy siak świeże kawałki.

Samo mięso idealnie rozdrobnione, świetnie doprawione – po dodaniu ogórka i cebulki, a także żółtka – nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne. Porcja dla prawdziwego łasucha, jestem ciekaw czy każdy klient zjada całość, jeżeli zdarzają się niedojedzenia, to proponuję wprowadzić porcję dużą i małą 🙂 bo szkoda marnować pozostałej wołowiny. Wieczór zakończył się bardzo pozytywną rozmową z właścicielem – notabene bardzo sympatyczny człowiek, pasjonat sztuki kulinarnej, aż żałuję, że nie mogliśmy dłużej podyskutować.

Następnego dnia stwierdziliśmy, że tym razem wciągniemy tam obiad i tak żona zamówiła pierogi z kapustą i grzybami, okraszone boczkiem z cebulą (mniejszą porcję), ja natomiast żurek oraz kotlet z ziemniakami.

Całość podana bardzo szybko – czytałem gdzieś opinie, że w restauracji czeka się na dania bardzo długo – byliśmy tam 3 razy i za każdym razem, kuchnia wydawała wszystko w błyskawicznym tempie, co było aż dziwne, bo praktycznie w porze obiadowej pęka w szwach.

Pierogi w cienkim cieście, bardzo wypełnione farszem, w smaku wyraziste z „rosołkiem” w środku, nie ma się co dużo rozczulać – pyszne i warte każdych pieniędzy.

Żurek z gotowanym jajkiem w środku, zupełnie inny niż ten który ja robię, ale nie zmienia to faktu że pyszny, lekko kwaśny, z umiarkowaną ilością czosnku. Doprawiony tak, że nic więcej mu do szczęścia nie potrzeba (można wybrać opcję „w chlebie”, którą też próbowałem – chleb pyszny, zjadłem cały :D)

Kotlet z pieczonymi kartofelkami i surówkami – wielka sztuka, ale nie na zasadzie mięsa rozbitego na grubość 2 mm i panierka 1.5 cm – jeżeli lubicie takie schaboszczaki, to niestety Kurna Chata nie jest miejscem dla Was. Tutaj mamy spory kawał schabowego, z doprawioną panierką (tak, według mnie jest to jedyny słuszny sposób na podkreślenie smaku mięsa – nie doprawiamy schabowego, a jajko, które wchodzi w skład panierki, wtedy mamy pewność, że mięso będzie jedynie podkreślone smakiem przypraw) – zresztą sól, pieprz i koniec. Usmażone na świeżym tłuszczu, do tego ziemniaki podpiekane – pycha! Buraczki potarte na grubej tarce, słodkie i świeże. Marchew potarta na drobnej tarce i surówka z pora – prosto, smacznie i tak właśnie powinno być. To kolejne potwierdzenie na to, że w porze obiadowej trudno tam o stolik, bez wcześniejszej rezerwacji.

Całość tego wszystkiego dopełnia nienachalna muzyka, a także obsługa, która jest zawsze uśmiechnięta, skłonna do pomocy i udzielenia szybkiej i konkretnej informacji.

Podsumowując cały wpis – miejsce godne polecenia, szczególnie dla osób, które tęsknią za domowym obiadem i swojskim smakiem.

Rozsądne pieniądze, duże porcje pełne smaku, miła obsługa, kuchnia prowadzona z pasją – tak mogę w krótkim zdaniu powiedzieć o Kurna Chata – wpisuję na listę ulubionych miejsc i nie omieszkam wybrać się tam przy kolejnej wizycie w Świnoujściu.