Archiwa autora: Łukasz Wilkowski

avatar

O Łukasz Wilkowski

Na co dzień walczę z komputerami, niesfornymi użytkownikami sieci oraz ich problemami. W wolnym czasie gotuję, zwiedzam restauracje i bary, oraz testuję dla Was dziwne kulinarne wybryki. Całość fotografuję i opisuję na stronie.

Ostra pasta z czerwonego chili

Podstawą dobrego kimchi są nie tylko świeże warzywa, ale przede wszystkim ostra pasta z czerwonego chili, z dodatkiem cebuli, czosnku i kilku innych ciekawych składników. Całość zwana jest Gojuchang (chociaż mój przepis jest bardzo zmodyfikowany) i robiona ze sfermentowanej soi – tutaj zastąpionej m.in. sosem rybnym.

Tak zrobioną pastę, odkładamy na jeden dzień do lodówki, aby całość się dobrze przegryzła.

Świetnie nadaje się do uwielbianego przez wielu kimchi, jak również do innych dań czy jako dodatek do kanapek.

Ważne by do odmierzania wszystkich składników, używać zawsze tego samego naczynia.

Czosnek i Oliwa -Restaurant&Bistrot – nowe miejsce na mapie Bydoszczy

Zazwyczaj do nowych miejsc podchodzę ze swego rodzaju dystansem. Czekam, aż restauracja się rozwinie, „popracuje” w branży i doszlifuje. W przypadku tego lokalu, miałem nieodpartą ochotę wybrać się jak najwcześniej. Być może skusiły mnie zajawki na instagramie, tudzież sprawdzenie czy nowy najemca nie popełni tego samego błędu co poprzedni właściciel.

 

Czosnek i Oliwa – Restaurant & Bistrot” to pięknie urządzone miejsce, w sam raz na spotkanie ze znajomymi. Wnętrze przestronne, wykończone ze smakiem. Po wejściu wita nas obsługa i prowadzi do stolika – warto go wcześniej zarezerwować, gdyż lokal mimo młodego wieku, jest bardzo oblegany. Po chwili otrzymujemy kartę dań (i tutaj duży plus – to samo menu znajduje się na stronie, więc wcześniej możemy spojrzeć czy któreś z dań będzie nam odpowiadało) i tradycyjną propozycję „czegoś do picia”. Pozycji w karcie jest niewiele, ale na tyle różnorodne, że większość znajdzie coś dla siebie. Dodatkowo przy wejściu kredowa tablica z informacją odnośnie potraw Szefa Kuchni, obowiązujących danego dnia.

Śmiało mogę stwierdzić, że niektóre propozycje zakrawają o kuchnię fusion – co bardzo cieszy.

Pierwszy raz odwiedziłem restaurację po około 2 tygodniach od otwarcia – miłe zaskoczenie, lokal pękał w szwach, więc od razu na myśl przyszło jedno – świetna kuchnia. Do Czosnku i Oliwy wybraliśmy się ze znajomymi. Rezerwacja bezproblemowa, gwarantowała nam miejsce w dużej sali – można określić ją jako oranżerię, z dużymi oknami na podwórze restauracji. Mimo zapełnionych stołów, akustyka miejsca jest rewelacyjna – przy swobodnej rozmowie, nie zostaliśmy zagłuszeni rozmowami z sąsiednich stolików.

Na plus zasługuje szybkość obsługi – mało jest lokali z taką dynamiką – mili, uśmiechnięci pełni zapału do pracy ludzie, przede wszystkim z dobrą wiedzą o tym, co jest serwowane w restauracji. Do tego duży wybór napojów, w tym lokalne piwa – to zawsze cieszy.

Na pierwszy rzut tego dnia poszły 2 przystawki:

  1. krewetki black tiger – 7 sztuk, w sosie z białego wina, szalotki i chilli – krewetki sprężyste, ze specyficznym „strzelaniem” między zębami – wzorcowe przygotowanie – jednakże mało wyczuwalne chilli, mogłoby go być odrobinę więcej. Całość bardzo zjadliwa, żeby nie powiedzieć, że bardzo dobra
  2. tatar z siekanej polędwicy wołowej – świeżość w każdym calu, dodatków dużo, samo mięso mogłoby być ciut bardziej doprawione. Efekt psuł mi jedynie parmezan – ale zawsze można go zgarnąć na bok.

Jako danie główne wybraliśmy:

  1. tagliatelle – z włoskimi pomidorami, chilli, bazylią czosnkiem i parmezanem – bardzo duża porcja – 400 g, po nawet najmniejszej przystawce, wydaje się nie do zjedzenia. Makaron przygotowany jak swojski nie komponował się dobrze z resztą dania. Sos doprawiony, wyczuwalne wszystkie smaki.
  2. polędwica z dorsza , do tego puree z selera z nutą truflową, sos cytrynowo-szafranowy, boczniaki – pięknie zaserwowany talerz, aż żal niszczyć całą kompozycję. Pachnące i aromatyczne danie, ryba nie przytłoczona smakiem pozostałych dodatków. Spora porcja, dla każdego łasucha. Dorsz nie przesmażony, soczysty – brakowało mu trochę soli. Sosu jak zawsze artystycznie, więc dla mnie ciut za mało. Puree gładkie bez grudek, nie pasowała mi trufla, ale może dlatego iż nie przepadam za jej specyficznym smakiem. Boczniaki dobrze podsmażone i przyprawione. Całość kompozycji smakowej na wysokim poziomie.

Warto wspomnieć, że restauracja serwuje startery w formie palonego masła (ale nie takiego, które widzicie na półkach sklepowych, a masła które sami wytwarzają), o aksamitnej teksturze z wyczuwalną nutą orzechową (efekt po wcześniejszym „paleniu”), do tego własne wypieki  np. czarny chleb, czy też pieczywa z dodatkiem papryki itp. Wypieki można zjeść albo z masłem, albo z aromatyczną oliwą czosnkową.

Nim opiszę dany lokal na blogu, zawsze staram się w nim zjeść przynajmniej dwukrotnie. Jako iż ten bardzo mnie połechtał kulinarnie, dwa dni temu postanowiłem zjeść tam nieco inne przysmaki.

Na pierwszy rzut poszedł rosół wołowy z pielmieni z mięsem i warzywami – rosół klarowny, ale bez oka tłuszczu jest dla mnie podejrzany, jednakże w smaku był dobry – chociaż po raz kolejny brakowało mi przypraw – niestety na stole ich nie ma, rzecz jasna można poprosić o to obsługę, ale wydaje mi się, że podstawa w postaci soli i pieprzu powinna znajdować się na każdym stole. Palony por wyczuwalny, nadawał takiego samego aromatu jak przypieczona cebula. Nadzienie pielmieni bardzo dobrze doprawione – czosnek, świeżo zmielony pieprz – może ciut za suche jak dla mnie, ale smak zatarł ten mały drobiazg.

Danie główne to stek krwisty, z ziemniakami, aioli i rukola z grillowaną papryką – za ten stek dałbym się pokroić. Mięso idealnie usmażone, po przecięciu soczyste, krwiste. Dobrze przypieczone z zewnątrz, ale nie spalone. Mięso o takiej jakości nie musi być doprawione, ono broni się swoją świeżością – dla mnie było idealne. Ziemniaki pokrojone w łódeczki, wydawały się być najpierw lekko ugotowane, a dopiero później wrzucone na tłuszcz. Rukola z papryką zwykła, bez przysłowiowego „wow”, nie doprawiona żadnym smakiem. Sos aioli bardzo delikatny. To jedno z tych dań, które identyfikuje restaurację i dla którego będę tam wracał.

Żona zażyczyła sobie tego popołudnia owoce morza – konkretnie mule w sosie śmietanowym na bazie wina, cebuli i chili. Muszle dobrze wyczyszczone, pachnące. Mało wyczuwalne chilli, za to dobrze słodycz cebuli. Do całości podane grzanki. Oczywiście woda z cytryną do przemycia palców.

Popołudnie zwieńczyłem polecaną wszędzie bezą pavlova z sosem z mango i marakui.  Tutaj lekkie rozczarowanie, deser pachnący, ale beza która według mojej oceny powinna być chrupiąca na zewnątrz i „piankowa” w środku, była chrupiąca w całej strukturze. Sos świetnie wykonany, nie za słodki, sama beza też bez wielkiej ilości cukru – gdyby nie ten środek, to śmiało mógłbym rzec, że to deser na piątkę.

Podsumowując – restauracja w moim odczuciu ze średniej półki cenowej, jednakże smak podawanych potraw tuszuje wydane pieniądze. Na plus obsługa, niebanalne podejście do smaku, miejsce. Na minus brak podstawowych przypraw na stole i serwetek. Ceny mogłyby być niższe. Mimo wszystko „Czosnek i Oliwa – Restaurant & Bistrot” wpisuje na listę ulubionych miejsc, zarówno na spotkanie biznesowe, ze znajomymi czy obiad/kolację we dwoje.

Świetne miejsce, by odpocząć od zgiełku dnia codziennego.

 

Chillout Burger – nowy foodtruck na mapie Bydgoszczy

Foodtruck czyli w prostych słowach „jedzenie na kółkach” to ostatnio nowa moda. Nie wiadomo czy to za sprawą filmu „Chef”, czy też z powodu przesytu stacjonarnymi knajpami, jedzenie na kółkach zdobywa co raz to większą rzeszę fanów. Natomiast dla samych właścicieli foodtruck’ów jest to o tyle dobre rozwiązanie, że jeżeli interes w jednym miejscu się nie sprawdza, to odpalamy silnik i jesteśmy w innej lokalizacji – czy to inna ulica, miasto czy państwo – proste.

Co jest takiego w jedzeniu z budki na kółkach? Jak dla mnie to przede wszystkim nie duże menu – kilka pozycji, które gwarantują powtarzalność smaku. Do tego, świetne „show” – nasze kanapki, placki, pączki, pizza czy cokolwiek innego, jest przygotowywana na naszych oczach, co w moim przypadku wzmaga apetyt.

Co jakiś czas sprawdzam lokalne foodwagony i tak było i tym razem. W sobotę tj. 22.10.2016 r. premierę miał ChilloutBurger, jako że to nowe auto z jedzeniem nie tylko w samej Bydgoszczy, ale również dzielnicy Fordon, która niestety wypełniona jest po brzegi jedzeniem typu kebab i pizza –  niestety nie najlepszą jakością – postanowiłem się wybrać.

Jak to zazwyczaj bywa, ludzi było sporo, miła muzyczka w tle, żółte auto przykuwa uwagę i nie sposób do niego nie trafić. Menu zapisane na kredowych tablicach z 10 hamburgerami oraz możliwością wyboru małej bądź dużej porcji frytek. Nazwy jak to zazwyczaj bywa wyszukane, najtańsza bułka (Chillout4DON – sałata, pomidor, ogórek, cebula, mięso, ser cheddar, sos bbq missisipi) to 11 zł – co według mnie naprawdę przyzwoita cena. Najdroższa – 18 zł – danie miesiąca, o czym za chwilę. Frytki w zależności od wielkości w zestawie po 4 i 6 zł, lub samodzielne 5 i 7 zł, wypiekane dwukrotnie na tłuszczu wołowym – nie będę tutaj rozczulał się nad ceną ziemniaków, bo przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

Zamówienie przyjęła uśmiechnięta dziewczyna i był to hamburger „Blue lagoon” (rukola, pomidor, ogórek, mięso, ser pleśniowy, karmelizowana cebula, sos chillout) w cenie 13 zł, do tego burger miesiąca tzw. „Chill Beast” (2xmięso, 2xgrillowany boczek, 2xser, salsa fresco, sałata, ogórek, pomidor) w cenie 18 zł oraz do tego duża porcja frytek za 6 zł, co dało nam sumę 37 zł – czy dużo? Za takie porcje myślę, że w sam raz.

Mimo dużego ruchu, zostałem poinformowany że na zamówienie muszę poczekać do 30 minut – chillout burger położony jest tuż przy Galerii Fordon, co jest świetnym rozwiązaniem – w tym czasie zrobiłem zakupy do domu. Poprosiłem by całość została zapakowana, bo mimo kilku stolików i parasoli, chciałem zjeść obiad w domowym zaciszu 🙂

Bułki zapakowane w kartoniki + papierowe torby wyglądały naprawdę schludnie. Mały minus za pakowanie kanapki miesiąca – z racji jej wysokości, ciężko było ją włożyć do kartonika i torby – na szczęście to nie moje zmartwienie 😉

Zapach, wygląd całości rewelacyjny. Niestety w kanapce miesiąca za dużo sosu, bądź też nie przypieczona odpowiednio bułka – wchłonęła całość i trochę się rozpadała. Dwa kotlety sporej wielkości ciężkie do ugryzienia, do tego jeden wypieczony na wiór, drugi różowy w przekroju, a na samym środku ciut nie dopieczony. Oczywiście mam na uwadze to, iż ekipa dopiero zaczęła swoją przygodę, więc to szczegół który w żaden sposób nie wpłynął na moją dalszą ocenę – raczej zwrócenie uwagi na szczegóły.

Mięso idealnie doprawione, niczego bym w nim nie zmienił, ilość dodatków porządna – taka porcja wołowiny zaspokoi głód na kilka dobrych godzin, nawet u największego łakomczucha – nazwa adekwatna do wielkości – to naprawdę bestia wśród burgerów!

Kanapka wykończona pyszną salsą z cebulką, pomidorami i ostrą papryczką – notabene czekam aż pojawi się w menu jakiś ostry burger.

Niebieska laguna świetnie komponowała ostry smak pleśniowego sera z dobrze wypieczonym wołowym mięsem. Spora ilość dodatków, bardzo dobrze wykończenie sosem – czego chcieć więcej od bułki z mięsem?

Frytki przygotowane na sposób belgijski, grube, wypieczone na zewnątrz chrupiące, w środku puszyste – tak powinna smakować frytka – z niedużą ilością soli – pycha. Porcja spora, przy dwóch hambuksach, większa porcja stanowczo za duża.

Podsumowując – Chillout Burger to świetne miejsce na wypad ze znajomymi, czy też alternatywa dla domowego obiadu. Ilość pozycji w menu wystarczająca, nazwy i dodatki zachęcające – wpisuje na listę ulubionych food trucków i z pewnością spróbuję pozostałych „bułek z klopsem”.

Mam nadzieję, że całe przedsięwzięcie będzie cieszyło się dużym zainteresowaniem i ekipa nie spocznie na laurach.

Kanapka a’la cubano

Nie wiem czy ktoś z Was oglądał film „Chef” o pasjonacie jedzenia, który chociaż jest świetnym kucharz, ale nie może rozwinąć skrzydeł kulinarnych, bo ma nad sobą jakiegoś pokurcza – jeżeli nie, to polecam, dla tych co naprawdę „jarają” się żarciem.

Ale nie o filmie dzisiejszy wpis, a o kanapkach w stylu kubańskim. Zanim jednak dojdziemy do kanapki, należy wspomnieć, że sercem takiego dania jest nie bułka – chociaż też ma znaczenie – a sam wkład czyli mięso i dodatki. Nie wiem z czego konkretnie były robione oryginalne cubano, ale mnie do tego najbardziej pasowała łopatka wieprzowa – może nieco za sprawą Bydgoskiego food truck’a „cubanos”, a może dlatego, że to niedoceniane mięso przez wiele osób.

Mimo iż przygotowanie wydaje się długotrwałe, to efekt końcowy powala na kolana i naprawdę warto poświęcić trochę czasu.

Kurna Chata Świnoujście

Urlop w Świnoujściu to nie tylko spacery, jod w powietrzu i leżenie na plaży, to dla mnie również podróż kulinarna. Jednakże w każdej podróży dochodzimy do wniosku, że warto by wrócić do sprawdzonych smaków – można by powiedzieć „kuchni jak u Mamy”. Kurna Chata to jedna z tych restauracji, gdzie króluje właśnie ta idea – smak dzieciństwa i beztroski, coś, na co niewiele innych miejsc może sobie na to pozwolić nie tylko z racji panujących trendów, ale myślę, że z braku wspomnień.

Kurna Chata położona jest przy jednej z dróg prowadzących na plażę, z zewnątrz wygląda bardzo podobnie do wielu innych miejsc kulinarnych, położonych na mapie Świnoujścia. „Firmowe” parasole znanych browarów mogą nie zachęcać, jednakże gdy tylko zajrzymy za drewniane ogrodzenie, naszym oczom ukazuje się chata z prawdziwego zdarzenia. Całość urządzona w stylu wiejskim, kojarzy mi się ze słowiańskim stylem. To tak jakby z miasta wchodzić w zupełnie inny wymiar, w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu.

W środku pachnie suszonymi ziołami i kwiatami, na ścianach malowidła, na barze przedmioty z epoki, przetwory. Personel ubrany „tematycznie” – na pierwszy rzut oka może wydawać się, że to przerost formy nad treścią, ale z każdą chwilą człowiek uświadamia sobie, że tak właśnie było, kiedy jeździło się np. do kuzynostwa na wieś i całość powoduje, że nagle zaczynamy odpoczywać.

Karta dań dość obszerna, ale dania większości z kuchni polskiej – zresztą taki był zamysł – dużo i dobrze. Dania dobrze opisane, proste, bez dziwnych nazw typu „wołowina pod siodłem tatara przez drogę ugniatania” – napisane przejrzystym prostym językiem – o to chodzi, w końcu przychodzę coś zjeść, a nie czytać poezję 😉

Do Kurnej Chaty trafiliśmy wieczorem, ale lokal z zewnątrz jest dobrze oświetlony, więc nie było z tym problemu. Zamówiłem zupę rybną, tatar oraz lokalne piwo, żona została przy herbacie. Na napoje nie trzeba było długo czekać, po kilku chwilach były u nas na stole. Zupa rybna wylądowała po około 10 minutach – jak dla mnie mega szybko, tym bardziej, że w lokalu panował naprawdę duży tłok.

Zupa bardzo gęsta, gorąca, z warzywami i dużymi kawałkami ryb. Pikantna, ale nie ostra, wszystkie smaki dobrze łączyły się ze sobą. W smaku i kolorze przypominała mi zupę ucha.

Po tej rozgrzewce i świetnym smaku czekałem na więcej i nie pomyliłem się. Tatar podany na dużym drewnianym półmisku pod kieliszkiem martini z charakterystycznym dołeczkiem na środku na żółtko. Rzecz jasna żółtko jajka było – na odwróconej podstawie kieliszka. Wokół pokrojona w idealną kostkę cebulka i ogórek konserwowy, a także kawałek masełka. Chleb podany w osobnym pojemniczku – powiem szczerze, że pieczywo było najsłabszym ogniwem, spodziewałem się czegoś wypiekanego na miejscu – jednakże tak czy siak świeże kawałki.

Samo mięso idealnie rozdrobnione, świetnie doprawione – po dodaniu ogórka i cebulki, a także żółtka – nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne. Porcja dla prawdziwego łasucha, jestem ciekaw czy każdy klient zjada całość, jeżeli zdarzają się niedojedzenia, to proponuję wprowadzić porcję dużą i małą 🙂 bo szkoda marnować pozostałej wołowiny. Wieczór zakończył się bardzo pozytywną rozmową z właścicielem – notabene bardzo sympatyczny człowiek, pasjonat sztuki kulinarnej, aż żałuję, że nie mogliśmy dłużej podyskutować.

Następnego dnia stwierdziliśmy, że tym razem wciągniemy tam obiad i tak żona zamówiła pierogi z kapustą i grzybami, okraszone boczkiem z cebulą (mniejszą porcję), ja natomiast żurek oraz kotlet z ziemniakami.

Całość podana bardzo szybko – czytałem gdzieś opinie, że w restauracji czeka się na dania bardzo długo – byliśmy tam 3 razy i za każdym razem, kuchnia wydawała wszystko w błyskawicznym tempie, co było aż dziwne, bo praktycznie w porze obiadowej pęka w szwach.

Pierogi w cienkim cieście, bardzo wypełnione farszem, w smaku wyraziste z „rosołkiem” w środku, nie ma się co dużo rozczulać – pyszne i warte każdych pieniędzy.

Żurek z gotowanym jajkiem w środku, zupełnie inny niż ten który ja robię, ale nie zmienia to faktu że pyszny, lekko kwaśny, z umiarkowaną ilością czosnku. Doprawiony tak, że nic więcej mu do szczęścia nie potrzeba (można wybrać opcję „w chlebie”, którą też próbowałem – chleb pyszny, zjadłem cały :D)

Kotlet z pieczonymi kartofelkami i surówkami – wielka sztuka, ale nie na zasadzie mięsa rozbitego na grubość 2 mm i panierka 1.5 cm – jeżeli lubicie takie schaboszczaki, to niestety Kurna Chata nie jest miejscem dla Was. Tutaj mamy spory kawał schabowego, z doprawioną panierką (tak, według mnie jest to jedyny słuszny sposób na podkreślenie smaku mięsa – nie doprawiamy schabowego, a jajko, które wchodzi w skład panierki, wtedy mamy pewność, że mięso będzie jedynie podkreślone smakiem przypraw) – zresztą sól, pieprz i koniec. Usmażone na świeżym tłuszczu, do tego ziemniaki podpiekane – pycha! Buraczki potarte na grubej tarce, słodkie i świeże. Marchew potarta na drobnej tarce i surówka z pora – prosto, smacznie i tak właśnie powinno być. To kolejne potwierdzenie na to, że w porze obiadowej trudno tam o stolik, bez wcześniejszej rezerwacji.

Całość tego wszystkiego dopełnia nienachalna muzyka, a także obsługa, która jest zawsze uśmiechnięta, skłonna do pomocy i udzielenia szybkiej i konkretnej informacji.

Podsumowując cały wpis – miejsce godne polecenia, szczególnie dla osób, które tęsknią za domowym obiadem i swojskim smakiem.

Rozsądne pieniądze, duże porcje pełne smaku, miła obsługa, kuchnia prowadzona z pasją – tak mogę w krótkim zdaniu powiedzieć o Kurna Chata – wpisuję na listę ulubionych miejsc i nie omieszkam wybrać się tam przy kolejnej wizycie w Świnoujściu.

Cafe Rongo – kawiarnia z prawdziwego zdarzenia

Nie wiem jak to jest, ale przy tegorocznym wyjeździe, trafiam na znakomite miejsca. 16 sierpnia jest dla mnie wyjątkową datą i chciałem ten dzień również w ten sposób spędzić – wybrałem cafe rongo w Świnoujściu, po przeczytaniu mnóstwa opinii chyba nie mogło paść na inną kawiarnię…

Do Rongo trafiliśmy około południa – świetna lokalizacja, dosyć miejsca zarówno na zewnątrz jak i w środku. Niby przy głównej ulicy, jednak całość zorganizowana w taki sposób, że zupełnie tego nie czuć. Na zewnątrz zadaszenie w postaci markizy, stoliki kilku osobowe z kocami – to jakby komuś było za zimno :). W środku natomiast stylowe kanapy, poduchy i wielka witryna z niesamowitymi ciastami. Od samego patrzenia leci ślinka!

Na ścianach zdjęcia – widać, że wybrane, dla każdego musiały znaczyć wiele.

Obsługa dyskretna, ale zarazem bardzo pomocna – zjawiła się w odpowiednim momencie. Zamówiliśmy wino, kawę mrożoną, cappuccino, mini tartę i sernik na zimno. Już po chwili (dosłownie 5 minut) zjawiła się obsługa z winem, zaraz potem pojawiła się kawa i ciasto. Niby nie można napisać o takiej kawiarni zbyt wiele – garstka obsługi, miłe miejsce – ale jednak jest coś co ciągnie Ciebie tam drugi raz – atmosfera – niby nic, a jednak to coś, co sprawia że każdy kolejny łyk kawy, czy też kęs ciasta poprawia Tobie nastrój – tak też jest w tym przypadku!

Będąc tam, masz wrażenie że zatrzymał się czas – chciałbym tam spędzać całe dnie, widać że pracownicy nie są tam za karę, ale dlatego że lubią to co robią. Poruszają się po kawiarni z lekkością wiatru – nie, nie przesadzam tym stwierdzeniem, jedynie utwierdzam się w tym, że oni naprawdę tam są – nie zauważalni, jednak zawsze uśmiechnięci i zadowoleni, chętni by doradzić pysznej kawy, tudzież świetnie przygotowanego ciasta.

Samo ciasto – co tu dużo mówić, niebo w gębie to za mało, lekkie, puszyste, przy tym świetnie zrównoważona słodycz z ew. kwaśnością owoców. Piękna dekoracja, nie narzucająca aromatu, nie tłumiąca smaku – jeśli grzeszyć to tylko w Cafe Rongo!

Ceny – wbrew pozorom nie z kosmosu, mimo iż smak rewelacyjny. Świetne miejsce na spędzenie czasu we dwoje czy też w większym gronie. Jeżeli więc nie masz pomysłu na słodkie popołudnie to Cafe Rongo jest dla Ciebie.

Polecam i dodaję do mapy ulubionych miejsc, za radość, która płynie od osób tam pracujących, profesjonalną obsługę, smak, a także aromat świeżo palonej kawy unoszący się w powietrzu!

Prochownia w zabytkowym forcie z 1853 r.

„W niezwykłym, zabytkowym forcie z 1853 roku w którym wciąż jeszcze pachnie prochem.” Takimi słowami zaczyna się opis na stronie Restauracji Prochownia – mnie osobiście prochem nie pachniało, za to pysznymi potrawami….

Urlop to czas kiedy nie tylko staram się wypocząć, od zgiełku codziennych spraw, ale również odwiedzić nowe miejsca – mając na myśli nowe miejsca, mówię w szczególności o ciekawych miejscach kulinarnych. Przy kolejnym dniu zwiedzania zabytków Świnoujścia, trafiło na forty – fort Anioła i fort zachodni to dwa miejsca, które na mapie atrakcji miasta naprawdę warto odwiedzić, jednakże nie o tym będzie ten wpis, a o restauracji, która uwiodła mnie nie tylko położeniem, a przede wszystkim smakiem jaki zaoferowała. Do restauracji można trafić praktycznie na 3 sposoby – samochodem – mają swój parking, rowerem (miasto posiada bardzo dużo ścieżek rowerowych), a także pieszo. Nie jest to trudne, wystarczy kierować się na wspomniane wyżej forty. Możemy również dojść od strony plaży – fakt, że nie zauważyłem żadnych drogowskazów, ale dla osób potrafiących korzystać z dobrodziejstwa internetu nie będzie to stanowiło problemu.

Pewnie zauważyliście, iż skupiłem się na dojściu do Prochowni, zamiast przejść do sedna sprawy – tylko dlatego, że naprawdę warto tutaj przyjść!

Z zewnątrz lokal nie wydaje się duży, w środku śmiało można zmienić zdanie. Całość urządzona bardzo klimatycznie, nie ma elementów nie spójnych całości. W restauracji panuje mrok, ale stoliki są dobrze doświetlone – całość daje niesamowite wrażenie epoki. Na zewnątrz kilkanaście stolików, oraz dobrze ukryta mała scena – Prochownia organizuje muzykę na żywo, o czym możecie dowiedzieć się na ich fanpage’u.

Razem z Żoną wybraliśmy miejsce na zewnątrz – temperatura powietrza, piękna pogoda, drewniane ławki. Niestety trafiliśmy na dziwną porę, gdzie nie można było nic zamówić z kuchni (15:30-17:30) – wiązało się to chyba z właśnie trwającymi urodzinami w środku – żeby nie było wątpliwości – na „potykaczu” była zamieszczona informacja, że kuchnia w tym czasie nie jest czynna. Zamówiliśmy więc po piwku – całkiem spory wybór tego trunku – u nas padło na Grimbergen – notabene wybrałem sobie set 3×0.15l (blonde, double, blanche) – podpasowało mi to ostatnie, z racji kwaskowatego i orzeźwiającego smaku, w sam raz na słoneczną pogodę tego dnia. Na zamówienie nie trzeba było długo czekać, kelnerka pojawiła się w mgnieniu oka.

Poprosiliśmy też o kartę dań i tutaj mega zaskoczenie – w karcie nie ma 50 pozycji, jest dosłownie po 4-7 z każdego działu. Przekąski, zupy, dania rybne, kuchnia polska, sałatki itp. W rzeczywistości daje to poczucie świeżości każdej z przygotowywanych potraw, a także to, że nie spędzimy pół dnia decydując się na którąś z potraw – dziwię się, że inne restauracje nie biorą przykładu z Prochowni.

Przy okazji zamawiania kolejnego piwa, chcieliśmy zamówić obiad – niestety jak się okazało, zamówienie będzie dopiero przyjmowane od 17:30 – i tutaj dość duży minus, bo byliśmy świadomi, że kuchnia jest czynna dopiero od podanej godziny, ale jakie to ma znaczenie dla przyjęcia zamówienia? No cóż, poczekaliśmy do wybranego czasu i pani kelnerka przyszła spisać nasze wybory.

Jako iż jesteśmy nad morzem, to warto skorzystać z tego co ono oferuje. Zamówiliśmy więc zupę rybną (na sandaczu, węgorzu i dorszu) 19 zł, kuleczki rybne  (25zł), gołąbki z dorszem w sosie chrzanowym (25 zł). W karcie dań widnieje informacja odnośnie czasu oczekiwania – do 30 minut – my czekaliśmy około 15 na pierwsze danie, tj. zupę rybną.

Zupa w formie rosołu z dużą ilością ryb (naprawdę był tam węgorz, sandacz i dorsz, dodatkowo pojawiły się mini klopsiki), kilka warzyw, świeża nać pietruszki – całość po prostu wspaniała, niczego nie brakowało – idealna porcja, mnóstwo ryb, mnóstwo aromatów – po zupie wiedziałem, że teraz może być tylko lepiej.

Kolejne na stół wjechały „kuleczki” rybne z sosem koperkowym, a tuż obok sałata z sosem winegret (w zestawie były jeszcze ziemniaki pieczone, ziemniaki gotowane, frytki lub kopytka domowe, ale żona zrezygnowała z nich gdyż miała ochotę na coś „małego”) – owe kuleczki okazały się klopsami w ilości sztuk 5 – spore danie, którego nazwa w karcie nic nie zdradza. Klopsy rybne w panierce z bułki tartej, usmażone na świeżym oleju – proszę państwa, czego chcieć więcej? Czuć rybę w smaku, całość dobrze wyrobiona, delikatnie doprawiona, nie tłumiąca podstawowego smaku. Do tego sos koperkowy na bazie lekkiego jogurtu – niebo w gębie.

Zaraz obok „kuleczek” pojawiły się gołąbki – wraz z gotowanymi ziemniakami – ziemniaczki żółte, posypane świeżym koperkiem. Ciut mało sosu jak dla mnie, ale zawsze mogłem poprosić o więcej. Sos chrzanowy – nie za ostry, biały, kremowy. Gołąbki w młodej kapuście, nie spieczone, w środku delikatne mięso z dorsza, lekko przyprawione solą i pieprzem do smaku, kilka ziaren kaszy, cebulka – delikatnie, ale z kopniakiem smakowym – nie pomyślałbym, że z ryby można przygotować niby tradycyjną, a jednak całkiem inną potrawę.

Prochownię wpisuję na bardzo wysokie miejsce w Świnoujściu (nie mogę napisać, że pierwsze, z racji tego, iż nie zwiedziłem jeszcze wszystkich interesujących mnie tutaj restauracji), co więcej, jeżeli się tutaj wybieracie to naprawdę polecam to miejsce. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, są klasyki, ale też całkiem wyszukane potrawy. Atmosfera rodzinna, miła obsługa, spokojne miejsce, życzliwi ludzie – w sam raz na obiad, kolację, czy po prostu żeby spędzić miło czas.

Kiszone pomidory

Sezon kiszonek w pełni, kisimy ogórki, kisimy kapustę, ale mało kto zdaje sobie sprawę, iż możemy zakisić praktycznie wszystko.

Takie pomidory w zależności od wielkości zazwyczaj są gotowe po 3-4 dniach. Mniej ukiszone nadają się z powodzeniem do kanapek, szynek bądź jako samodzielna przekąska. Mocno kiszone sprawdzą się jako dodatek do gulaszy czy innych potraw jednogarnkowych. Zupa pomidorowa z kiszonych pomidorów to świetna alternatywa dla tej tradycyjnej!